30. grudnia 2002 r.
Fotoreportaż Moniki Rogozińskiej
Fot. Monika Rogozińska -
Rzeczpospolita

"Karakorum i Himalaje zaczynają się tam gdzie kończą się Alpy" zwykło sie mówic. Na przełęczy wyższej o kilka metrów niż Mont Blanc, na którą wspięliśmy się samochodami, po wyjściu z nich brakuje tchu. Dookoła same pustkowia.
Pękające opony w samochodach na tych drogach, to częste przygody. W czerwonej kurtce stoi Krzysztof Wielicki.

W miejscowości Yilka (3490 m) spędzamy pierwszy biwak, koło chińskiej bazy wojskowej składajacej się z jednego baraku, młodych zmarzniętych, wystraszonych żołnierzy i setek metrów zasieków z drutu kolczastego. Podobno niedawno w pobliżu uciekło do Pakistanu dwóch Chińczyków. Bazy fotografować nam nie wolno. Sytuacja jest o tyle absurdalna, że wokół rozciągają się setki kilometrów dzikich gór i pustkowi. Kontrolę paszportową musieliśmy jednak przejść.
Nasze ładunki poniesie 46 wielbladów. Każdy może unieść 80 kg. W przeciwieństwie do zamieszkałych Himalajów, w bezludnym Karakorum bardzo trudno jest o tragarzy. By utworzyć naszą karawanę właściciele wielbladów, przybyli ze swymi zwierzętami z daleka. Są tu Ujgurzy, Tadżycy, Kirgizi.

Wielbłądy nie cierpią naszego zapachu ani naszych ładunkow. Są zwierzętami groźnymi. Plują na nas ze złością. Niektóre noszą na pyskach metalowe kagańce. Wściekają się i wierzgając zrzucają ładunki. Kopnięcie zwierzęcia łamie nogi jak zapałki. Widzieliśmy walki właścicieli wielbladów próbujących je ujarzmić. Potrafią stratować człowieka robiąc z niego pulpę.
Członkowie wyprawy podbili serca dzieci z Yilka, urzadzając wyścigi w ślizganiu się na lodzie w różnym stylu, bawiąc sie z nimi. Dopiero wyścig w pudłach z tektury wzbudził protesty rodziców, którzy uznali, że te pojazdy są zbyt cennym nabytkiem w gospodarstwie domowym. Na zdjęciu Jerzy Natkański i Maciej Pawlikowski.
Ostatnia osada ludzka w drodze pod K2. Mieszkają tu 2 rodziny: jedna w domku z kamieni, druga w jaskini, której otwór jest widoczny w głębi.
Wspinaczka zwierząt i ludzi w wąskim i stromym gardle kanionu, w wietrze i pyle wzniecanym przez kopyta wielbłądów. Zdarza się, że zwierzęta spadaja. Widzieliśmy tak przerażonego wielbłąda, że wspinał się na kolanach.
Droga wiedzie skalnymi półkami
Rzeka Saksgam. Jej częściowo zamarzniętym, częściowo wyschniętym korytem, będziemy szli do chińskiej bazy pod K2 jeszcze pełne dwa dni.

Wigilię spędziliśmy na kamiennej plaży rzeki Sagsham. Było wyjątkowo bezwietrznie i ciepło, minus 11 st. C. Sztuczną choinkę przywiózł Maciej Pawlikowski ze swego zakopiańskiego domu. Podzieliliśmy się opłatkiem pod rozgwieżdżonym niebem. Zjedliśmy zupę grzybową z pierożkami, kapustę. Ryby oczywiście były z puszki. Wśród wspaniałych ciast nie mogło zabraknąć słynnego "wyprawowego" pysznego piernika mamy Darka Załuskiego. Posiedzieliśmy przy ognisku. A potem utworzyła się długa kolejka do telefonu satelitarnego...
Rano choinkę rozebrał i zapakował do plecaka Gruzin Gia Tortladze.Wszak prawosławne święta dopiero będą za dwa tygodnie.
Marsz korytem rzeki Saksgam
Rzeka tworzy prawdziwy labirynt. Niemal każdy wpadał lub wchodził do wody: załamywał się lód, Jan Szulc spadł do rzeki z wielbłąda, trzeba było zdejmować buty i przejść koryto lub przebiec je w obuwiu.