Netia K2
Netia - Lepsza perspektywa


Netia K2 - Kampania promocyjna roku

relacje

31. grudnia 2002 r.

Plujące wielbłądy

Tekst i Fot. Monika Rogozińska - Rzeczpospolita



Rzeka Szaksgam. Jej częściowo zamarzniętym korytem szliśmy do chińskiej bazy pod K2.


Po dwóch dniach podróży z Kaszgaru samochodami terenowymi i pięciu dniach wędrówki przez Karakorum wyprawa postawiła chińską bazę na wysokości 3800 m.



Do bazy właściwej (5100 m) na lodowcu K2 są z niej dwa dni drogi. Dziś dotarł tam już Krzysztof Wielicki z grupą alpinistów. Rozpoczął się wahadłowy transport ekwipunku od czoła lodowca do góry.

Na głównym placu w Kaszgarze, nad którym góruje stale pilnowany przez milicjantów wielki pomnik Mao Zedonga, czuliśmy się nieswojo. Byliśmy bowiem jedynymi kolorowo ubranymi ludźmi, przybyłymi jakby z innej planety. Wszędzie dominowała szarość i kurz. Mieszkańcy chodzili po ulicach w bawełnianych maskach na twarzach. Skrajem pustyni Takla Makan, dziurawą drogą prowadzącą do Tybetu, jechaliśmy dwa dni. Bieda podobna jest na całym świecie. Ta, którą mijaliśmy, nie miała w sobie egzotyki. Była komunistycznie pospolita, przeraźliwie smutna i zbiurokratyzowana.

Wreszcie wbiliśmy się w góry. Himalaje i Karakorum zaczynają się tam, gdzie kończą się Alpy, zwykło się mawiać. Rzeczywiście, wkrótce wjechaliśmy na przełęcz położoną kilka metrów wyżej niż Mount Blanc. Jakże różni się Karakorum od odległego o 200 km pasma Himalajów! Tu nie sięgają życiodajne deszcze monsunowe znad Oceanu Indyjskiego, dzięki którym doliny Himalajów pełne są roślinności i życia. Karakorum jest pasmem dzikim, pustynnym i niezamieszkanym.

Ostatnia na trasie miejscowość Yilka (3490 m), to chińska baza wojskowa, składająca się z jednego baraku, kilku młodziutkich, wystraszonych żołnierzy i setek metrów zasieków z drutu kolczastego. Podobno w ubiegłym tygodniu uciekło przez granicę do Pakistanu dwóch Chińczyków. Ustawiono nas w dwuszeregu i przeliczono. W drodze powrotnej stan będzie musiał się zgadzać.

W tym bezludnym rejonie trudno o tragarzy. Czekający na nas poganiacze wielbłądów przybyli z daleka. Są Kirgizami, Ujgurami, Tadżykami. Każdy z czterdziestu sześciu wielbłądów dźwiga 80 kg bagażu. Jeśli chce. Jeśli nie ma na to ochoty, wierzga, skacze aż zrzuci z siebie ciężar, który zwykle po szale zwierzęcia zbiera się w kawałkach. Wielbłądy nie cierpią naszego zapachu ani naszych ładunków. Plują na nas gęstą białą pianą. Są nieobliczalne. Wiele nosi na pyskach metalowe kagańce. Ich kopnięcie łamie człowiekowi nogę jak zapałkę.

Karawana jednak ruszyła i szła przez pięć dni. Przestrzenie przerażają swym ogromem. Cały czas dokucza wiatr niosący ostry, wbijający się w skórę pył. Powietrze jest suche i mroźne, opuszki palców pękają głęboko i boleśnie. Tu się już nie zagoją. W ustach nie jeden raz czuje się smak krwi. Suwaki i rzepy źle uszytych kurtek puchowych ranią podbródki i szyje. Wielu z nas ma na szczęście własny, sprawdzony ekwipunek. Co ma jednak zrobić najwyższy z nas, kolega z ekipy telewizyjnej, któremu oszczędnie uszyty śpiwór puchowy sięga zaledwie do pasa?

Wigilię spędziliśmy nad brzegiem olbrzymiej, potężnej latem, dziś częściowo zamarzniętej rzeki Szaksgam. Wiatr ucichł i wydawało się, że jest ciepło, choć było minus 11 stopni. W świetle świec patrzyliśmy na małą choinkę, którą przywiózł Maciej Pawlikowski. Podzieliliśmy się opłatkiem. Zjedliśmy zupę grzybową i pastę rybną z puszek. Był też pyszny piernik mamy Darka Załuskiego i wiele innych ciast. Resztę Wigilii uczestnicy wyprawy spędzili przy ognisku i w kolejce do telefonu satelitarnego. Rano choinkę rozebrał i spakował Gruzin Gia Tortładze. Jego Wigilia będzie dopiero za dwa tygodnie.

Najwięcej emocji przyniosły następne dwa dni marszu. Szliśmy kilometrowej szerokości korytem rzeki Szaksgam. Rzeka wije się, tworząc labirynt. Trzeba kluczyć, by nie wpaść do wody. Najtrudniejsze chwile przeżył Jaś Szulc, który skorzystał z okazji i wsiadł na wielbłąda. Zwierzę jednak w połowie drogi przez rzekę pozbyło się natręta i alpinista obciążony plecakiem runął do wody. Gdy wyskoczył na brzeg, ubranie na mrozie zesztywniało, a plecak przymarzł do niego. Odtajał dopiero przy ognisku.

Byłam chyba jedyną osobą, która przeszła długi odcinek suchą stopą. Zawdzięczam to rycerskości obcokrajowców. Dwukrotnie pokonywałam rzekę na grzbiecie Uzbeka Iliasa Tuchwatullina oraz Hunzy Sarwara Khana i raz na wielbłądzie. Ostatniego dnia wędrówki również dosiadłam wielbłąda i wiem już, jak się z niego spada. Pękł bowiem sznur zrobiony z sierści, podtrzymujący ładunki, na których siedziałam, i razem z bagażem runęłam pod kopyta zwierzęcia.

Do chińskiej bazy na wysokości 3800 m dotarliśmy 26 grudnia. Stąd do bazy właściwej u stóp K2 są dwa dni drogi. Nie wszyscy pójdą do niej od razu. Najpierw dotrą tam alpiniści i grupa transportująca ekwipunek. Brak wystarczającej liczby tragarzy powoduje, że wyprawa musi podzielić się na kilka grup. Część alpinistów znajduje się na lodowcu K2, w tzw. bazie włoskiej (4400 m). Krzysztof Wielicki z inną grupą doszedł już do bazy właściwej na wysokości 5100 m, u stóp Filara Północnego.

transmisje video


  archiwum

25.03.2003
19.03.2003
13.03.2003
01.03.2003  foto relacja
28.02.2003
27.02.2003
26.02.2003
25.02.2003
24.02.2003
24.02.2003
22.02.2003
21.02.2003
19.02.2003
18.02.2003
17.02.2003
15.02.2003
13.02.2003
12.02.2003
12.02.2003
10.02.2003
08.02.2003
08.02.2003  foto relacja
07.02.2003
06.02.2003  foto relacja
05.02.2003
05.02.2003  foto relacja
03.02.2003
02.02.2003
31.01.2003
30.01.2003
29.01.2003
29.01.2003  foto relacja
25.01.2003
23.01.2003
21.01.2003  foto relacja
21.01.2003
20.01.2003
18.01.2003  foto relacja
17.01.2003
14.01.2003
08.01.2003
07.01.2003
07.01.2003
06.01.2003
03.01.2003
03.01.2003
01.01.2003
30.12.2002  foto relacja
31.12.2002



strona główna ]        

Netia K2
komentarze o wyprawie zdjęcia K2 gadżety galeria wyprawy relacje strona główna Netia - lepsza perspektywa
 
© Copyright 2000-2003, Netia Holdings S.A. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wyłączenie odpowiedzialności. Znaki towarowe. Ochrona danych. Webmaster.
infonetia: 0 801 802 803