20. stycznia 2003 r.
Na białym koniu
Krzysztof Wielicki z Jackiem Berbeką nie zdołali założyć obozu II na wys. 6600 m, choć wspinali się w minioną sobotę kilkanaście godzin bez przerwy. Pokonując barierę skalną, otworzyli jednak drogę następcom. Wielicki miał niegroźny wypadek, który na pewien czas uniemożliwi mu wspinanie się.
Kierownik Netia Zimowej Wyprawy na K2 oraz Jacek Berbeka wyruszyli z obozu I (5950 m) jeszcze po ciemku, o 5.30 rano. Bardzo obciążeni ekwipunkiem potrzebnym do założenia obozu II, dotarli do końca lin poręczowych (6450 m) po ok. siedmiu godzinach.
Strome zbocza K2 pokryte są warstwą twardego lodu, po którym alpiniści wspinają się cały czas na przednich zębach raków. Obserwowaliśmy z bazy przez lunetę niemal całą wspinaczkę kolegów. Wiał silny wiatr. K2 częściowo zasłaniały chmury. Liny poręczowe kończyły się przed skalną barierą. "W lecie trasa wiedzie inaczej. Poruszanie się prosto w górę, bliżej ostrza filara, umożliwia pokrywający częściowo skały śnieg - wyjaśniał Krzysztof Wielicki. - Teraz mamy do wyboru stromy lód albo czystą skałę".
Kierownik wyprawy poprowadził trudną wspinaczkę. - Pan Wielicki to jest prawdziwy polski graf - powiedział z głębokim szacunkiem Kazach Denis Urubko, śledzący przez lunetę wyczyny lidera. - Potrafi wbrew wszystkiemu dążyć do wyznaczonego celu. Ja jednak wolałbym, żeby kierował wyprawą z bazy, niż wsiadał na białego konia i wymachując szablą prowadził armię - dodał zmartwiony.
Nie zauważyliśmy, kiedy Wielicki odpadł od ściany. Zsunął się zaledwie dwa metry, a to wystarczyło, żeby czekan, który miał zaczepiony na ręce, uderzył go w łydkę. Mimo to wspinał się dalej. Po pokonaniu 150 m wyszedł ponad pierwszą partię skał. Do bardziej płaskich śnieżno-lodowych pól, na których chciał rozbić namiot, wiódł w skalnym labiryncie lodowy korytarz. W tym miejscu zabrakło lin do dalszego poręczowania i ubezpieczania trasy. Oddaleni o kilometry, obserwowaliśmy długą i żywą dyskusję między partnerami, odgadując z gestykulacji jej przebieg. Wielicki chciał iść dalej bez asekuracji do niedalekiego już miejsca biwaku. Berbeka odmówił dalszej wspinaczki po stromym lodzie bez lin. Każdy miał swoje racje. Zaczęli schodzić. Zapadł zmrok i przestaliśmy ich widzieć. Czekaliśmy długo przy radiotelefonach, nim dotarli do obozu I.
Jacek Berbeka zdecydował się zejść do bazy, by odpocząć. Dotarł do niej o godz. 22.30. Tego dnia wspinał się i schodził non stop 17 godzin. Wielicki, kuśtykając, doszedł do bazy w niedzielę. Ma mocne stłuczenie łydki. Nie wiadomo w tej chwili, jak długo nie będzie mógł się wspinać. Poza tym jest w dobrej formie, ponieważ natychmiast, swoim zwyczajem, zaczął robić porządki w bazie, rugając alpinistów, których określa przyjaźnie "łosiami".
Do próby założenia obozu II szykują się już Denis Urubko, Wasilij Piwcow, Gia Tortladze i Ilias Tukwatullin. Od kilku dni wraz z silnym wiatrem przyszło ocieplenie. Temperatura spada tylko do minus 15 stopni.
z bazy pod K2
Monika Rogozińska -
Rzeczpospolita