8. lutego 2003 r.
Walka trwa
Alpiniści zdają się nie zwracać uwagi na złą pogodę. "Nie ma czegoś takiego jak zła pogoda" - mówią. - Trzeba pracować na górze". Dzisiaj do obozu I poszli Denis Urubko, Piotr Morawski i Marcin Kaczkan. Jutro idą wyżej.
Coraz dłuższe odcinki muszą pokonać, na coraz więcej dni wychodzą z bazy. Dojście do obozu III trwa teraz trzy dni. Za nimi rusza zespół transportujący liny i jedzenie - Bartek Duda i Jacek Jawień. Cel jest jasny - trzeba zaporęczować jak najdłuższy fragment filara w kierunku obozu IV, który ma stanąć na wysokości ok. 7850 m. Walka ma trwać jeszcze długo. Krzysztof Wielicki właśnie zamówił powrotną karawanę wielbłądów na 4 marca. Powrót do Polski nastąpiłby w połowie marca. Dziś jednak wszyscy chcą jeszcze walczyć. Mimo odmrożeń i wyczerpania.
"Najpierw jechały po nas pociągi towarowe, potem pospieszne, aż wreszcie poczuliśmy się tak jakbyśmy wsiedli do szalonej kolejki w wesołym miasteczku - opowiadał Jerzy Natkański o nocy spędzonej w III obozie na wysokości 7200 m. - Nie dało się zmrużyć oka."
Wicher wciskał śnieg do wnętrza namiotu. Para oddechów zlodowaciała na puchowych kombinezonach i śpiworach, pokryła wnętrze szronem. Natkański, Maciej Pawlikowski i Dariusz Załuski donieśli liny, jedzenie i ekwipunek do obozu III, mijając po drodze schodzących stamtąd Krzysztofa Wielickiego i Jacka Berbekę, wymienili po drodze część lin poręczujących, lecz nie zdołali wyjść powyżej "trójki". Następnego ranka, w czwartek, ruszyli w dół, do bazy.
Prognoza pogody zapowiadała tego samego dnia wieczorem nasilenie wiatru, zachmurzenie i opad śniegu przez następne dwie doby. Tymczasem do II obozu wybrał się samotnie Jacek Teler. 35-letni alpinista jest postacią nietuzinkową. Teolog i filozof, ma duszę społecznika wspartą entuzjazmem do wszystkiego, czym się zajmuje. Współtworzył w Częstochowie przytulisko dla bezdomnych, zajmował się narkomanami i dziećmi ulicy, pełnił funkcje kuratora społecznego przy sądzie. Kocha Ałtaj Syberyjski, Tien-szan i Pamir, w których angażował się w różne akcje ratunkowe. Na obecną wyprawę dostał się do grupy wspierającej. Przez miesiąc kursował po Lodowcu K2 nosząc zaopatrzenie. Zyskał tu przydomek "Robocop", zrozumiały dla każdego, kto widział go maszerującego do góry jak maszyna. Kiedyś odmroził palce u nóg na Mont Blanc, bo oddał partnerowi leki, które mogły go przed tym uchronić. W szpitalu powiedziano mu, że straci wszystkie palce stopy. Postanowił sam się leczyć. Poszedł do domu. Po pewnym czasie kiedy ustaliła się granica między martwą częścią a zdrową, jeden z palców sam wyjął ze stawu, drugi w odpowiednim miejscu obciął skalpelem. "Nie bolało - mówi Teler. - Za to uratowałem trzy pozostałe. "
Miesiąc temu podmroził sobie stopy na Lodowcu K2. Robił opatrunki i chodził dalej z ładunkami. Wreszcie przyszła pora, że mógł dotknąć ściany K2, co przyjął z właściwym sobie entuzjazmem.
W czwartek doszedł do obozu II (6780 m) nocą, bo za późno wyszedł z obozu I. Łączył się z bazą, niepewny drogi. Liny poręczowe doprowadziły go do namiotu. I kiedy odetchnęliśmy z ulgą, że jest bezpieczny, wtedy dmuchnęło. Góra zaczęła wyć i buczeć znanym nam z himalajskich zim dźwiękiem przypominającym rozgrzewające się na lotnisku silniki samolotów. "Gratuluję kolegom, którzy umocowali namiot. Tylko dwa razy wydawało mi się, że odlecę" - opowiadał Teler rano przez radiotelefon.
Noc musiała być bardzo ciężka. W bazie, kiedy huk łopocących ścian namiotu zagłusza wszystkie inne dźwięki, nawet odgłos lecącej lawiny; stolik w moim namiocie zaczyna sam chodzić, a komputer, telefon satelitarny i inne elektroniczne urządzenia lądują mi na głowie, gdy próbuję spać. Tak było w nocy z czwartku na piątek, kiedy Jacek Teler był jedyną osobą przebywającą w ścianie K2.
Na drugi dzień, obrugany przez kierownika, że jego wysiłek i dzielność niczemu nie służyły, ponieważ wyniósł tylko jedną linę, zapakował do plecaka większy ładunek lin znajdujący się w "dwójce" i zaniósł je do połowy drogi do obozu III.
W chwili, gdy kończę tę korespondencję, wraca do bazy we mgle. Zapadła noc. Prószy śnieg. Dojdzie bo Robocop jest nie do zniszczenia.
z bazy pod K2
Monika Rogozińska -
Rzeczpospolita