27. lutego 2003 r.
Marcin Kaczkan uratowany - Nie wiadomo, co dalej
Gorąca herbata
Denis Urubko (z lewej) i Marcin Kaczkan przed wyjściem z bazy na wspinaczkę.
Poranne połączenie z obozem IV (7630 m) było dramatyczne. Denis Urubko poinformował, że jego partner Marcin Kaczkan zachowuje się jak człowiek wyniszczony wysiłkiem i brakiem tlenu na dużej wysokości. Rozpoczęła się akcja ratowania alpinisty.
Kiedy Urubko z dużym opóźnieniem zameldował o godz. 9 z obozu IV: - Spaliśmy - tłumacząc tym niepokojące nas poranne milczenie, przyjęliśmy tę informację z podziwem, wiedząc, że wraz z Kaczkanem mieli tylko jeden śpiwór, a zamiast materaców zwój lin. Kierownik wyprawy Krzysztof Wielicki wcześniej mówił nam o trudnej nocy, jaką spędził pół kilometra niżej w obozie III (7150 m), w temperaturze ok. minus 40 stopni. - Wiało wściekle - podsumował.
Po chwili Denis jeszcze raz połączył się z bazą. - Z Marcinem coś się dzieje. Nie reaguje na to, co mówię. Nie jest w stanie zawiązać butów. Lekarz przez chwilę rozmawiał z Kaczkanem. Wydawało się, że alpinista myśli i odpowiada logicznie. Był jednak bardzo apatyczny. Z tego, co mówił Denis, wynikało, że nie można wykluczyć początkowych objawów choroby wysokościowej - obrzęku mózgu. Kończy się to tragicznie, jeśli alpinista natychmiast nie zostanie sprowadzony lub zniesiony na dół. Marcin nigdy wcześniej nie był na takiej wysokości. Wbrew wcześniejszym planom nie wziął butli z tlenem. Alpiniści nie mieli też żadnych leków oprócz tabletki aspiryny. Kiedy dotarli poprzedniego dnia do obozu IV, okazało się, że namiot jest zniszczony, a cała zawartość, w tym apteczka, zabrana przez wiatr.
Najważniejsze jest zmuszenie osoby pogrążonej w apatii do ubrania się, wyjścia z namiotu i marszu na dół. Czekaliśmy, czy Denis wraz z Marcinem poradzą sobie. Z ulgą przyjęliśmy meldunek, że ruszyli. W pewnym momencie przez chwilę dostrzegliśmy ich przez dziurę w chmurach na śnieżnym polu poniżej obozu IV. Marcin pomału, ale samodzielnie schodził po linach poręczowych.
Denis Urubko i Krzysztof Wielicki w bazie po akcji ratunkowej.
Z obozu III wyruszył im naprzeciw Krzysztof Wielicki z lekami i termosem herbaty, którą ugotował, a przy okazji spalił mu się namiot. Bardzo szybko doszedł do schodzących kolegów. Spotkali się na wysokości 7450 m. Marcin otrzymał odpowiedni lek. Dalsze zejście odbywało się szybko jak na te okoliczności. Z obozu I wyruszyło z zadaniem wniesienia jak najwyżej butli z tlenem dwóch alpinistów. Z bazy wyszło do jedynki dwóch innych. Marcin radził sobie dzielnie. Choć słaby i wyczerpany, potykając się i tracąc grunt pod nogami, upadając, wciąż schodził po poręczówkach. Najbardziej niebezpieczne były strome pola lodowe ponad I obozem. Odcinki lin mają po 50 m. Kończąc zjazd po jednej, trzeba przepiąć przyrząd zjazdowy do następnej. Błąd można tu popełnić tylko raz. Koledzy, którzy przyszli z dołu, na ostatnim polu lodowym stali z latarkami wzdłuż lin, oświetlając Marcinowi te szczególne miejsca i asekurując go.
W ciemnościach, ubezpieczany przez coraz większą grupę alpinistów, dotarł po 19 do obozu I (6030 m). Tutaj spędzi noc pod opieką Jurka Natkańskiego i Michała Zielińskiego. Lekarz, który jest w bazie, pozostaje z nimi w kontakcie radiowym. Pozostali, z Krzysztofem Wielickim i Denisem Urubko, schodzą do bazy, do której mają jeszcze kilka godzin zjazdów po linach, marszu przez lodowiec ze szczelinami, a potem wędrówki po kamieniach. Na ich spotkanie z gorącą herbatą wyszło czterech kolegów.
Marcin zapytany o to, co się z nim działo na górze, odpowiedział z I obozu przez radio: - Bardzo się zmachałem wczoraj. Noc była nieprzyjemna. Rano byłem zamulony. Nie chciało mi się wstać i butów włożyć. Czułem tylko dużą senność. Potem, gdy wyszedłem, jakoś się rozruszałem. Ostatni posiłek jadłem wczoraj rano. Chłopcy dali mi pić po drodze.
W tej chwili Kaczkan jest już w dobrej formie, tylko bardzo zmęczony. Nie ma żadnych odmrożeń.
W czwartek należy przede wszystkim sprowadzić Marcina do bazy i sprawdzić, czy nie wymaga dalszego transportu na dół. W tej chwili nie wiadomo, jakie będą dalsze losy wyprawy, czy dojdzie do skutku jeszcze jeden atak na szczyt, planowany przez Wielickiego i Urubkę.
z bazy pod K2
Monika Rogozińska -
Rzeczpospolita