Minął już tydzień od naszego powrotu do Polski i nadszedł czas na podsumowanie. Trzy miesiące pobytu w
lodowej krainie dało się wszystkim lekko we znaki, ale też przyniosło wiele cennych doświadczeń. Niektórzy
mogą powiedzieć, że wyprawa poniosła porażkę. Ja się z taką opinią nie zgadzam. Pierwsza w historii
ekspedycja zimowa na K2, od strony chińskiej, musiała zmierzyć się z wieloma problemami o których mogła mieć
tylko mgliste pojęcie lub też nie miała pojęcia wcale. Do tych pierwszych należą pogoda i logistyka. Jak już
teraz wiadomo, spotkaliśmy się z najgorszym od trzydziestu lat systemem pogodowym zwanym "wet weather".
Charakteryzuje się on silnymi wiatrami, niskim zachmurzeniem oraz lekkimi opadami śniegu. W swej normalnej
aktywności nie jest jednak zbyt dokuczliwy, a przynajmniej nie na tyle by uniemożliwić wspinanie. Oczywiście w
normalnych warunkach w taką pogodę nikt by się nie wspinął, ale pod K2 większość dni była właśnie taka.
W
pierwszym okresie pobytu słońce świeciło nad górami dosyć często i to pozwoliło szybko założyć Jedynkę. Potem
było już tylko gorzej. I tu Leader w swej mądrości podjął trafną decyzję. - Panowie - rzekł - ta pogoda
idealnie nadaje się do poręczowania w tym łatwym terenie, a jak będzie trudno to akurat zrobi się ładnie.
No i trzeba przyznać, że miał racje. Dzięki systemowi wychodzenia w złą pogodę można było wspinać się w
dobrą. Szczególnie pod koniec akcji, kiedy do Trójki szło się trzy dni. Po prostu nie marnowaliśmy czasu, a po
poręczach można iść nawet w bardzo silnym wietrze, pod warunkiem, że się szczelnie zapnie kombinezon.
Poza tym nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Logistycznie też nie było łatwo. Ogromna ilość sprzętu i
jedzenia musiała być doniesiona do ABC. Z zespołu "support teamu" wypadły dwie osoby. Dlatego Leader
musiał zatrudnić chińskich tragarzy. W trakcie wyprawy, jak pamiętacie, chyłkiem między tuje wycofali się trzej koledzy ze wschodu. To ten element, o którym nikt nie miał pojęcia, że wystąpi. To poważnie osłabiło
siły wyprawy i zmusiło Leadera do wykorzystania chłopców z supportu oraz inne szczury bazowe do akcji w
ścianie. Jak się później okazało i jedni i drudzy bardzo dzielnie wspierali Membersów, dając z siebie
wszystko, czego mógł oczekiwać Leader. Oczywiście w ramach wspinania.
Niestety Góra, widząc jak dzielnie sobie poczynamy, wyciągnęła zza zachodniej pazuchy (Savoia Pass) ciężką
artylerię. Najpierw podpuściła piękną pogodą przez dwa dni. Membersi ruszyli do góry. Jednak szybko
przekonali się, że nie ma żartów. Temp.- 40 stopni studziła zapał bojowy, oraz paluszki rąk i nóg. Niektórym
wystudziła całkiem mocno. Następnie zamknęła niebo chmurami i dmuchnęła z prędkością 180 km/h. Na szczęście w
tym momencie nikogo na niej nie było. Potem było już cały czas tak samo. Silny wiatr, zadymka i mgła.
Ostatnie wyjście do Czwórki zakończyło się zwycięstwem Góry. Zniecierpliwiona konsekwentnym zdobywaniem
terenu, silnym wiatrem, mrozem i śnieżycą osłabiła jednego z Membersów, chcąc zatrzymać go sobie na pamiątkę.
Chciała znokautować Leadera i Membersów. Ale choć był to mocny cios, Membersi zebrali się w sobie i wytrzymali
walkę do końca. Na pamiątkę Góra zabrała tylko trochę sprzętu.
Tak więc, choć nie udało się wejść na szczyt mogę z czystym sumieniem powiedzieć - jest to sukces ponieważ:
- wszyscy wrócili do domu
- nikt jeszcze nie był na K2 tak wysoko zimą
- wracamy z ogromną wiedzą o tym, co na K2 zimą piszczy w lodach
- wiemy co jest w przyszłości możliwe a co nie
- logistyka została rozpracowana w 100%
I na tym kończę moje relacje z wyprawy. Żegnam się z Wami wszystkimi serdecznie, dziękuję za duchowe
wsparcie oraz wyrozumiałość dla mojej grafomanii.
Mam nadzieję, że spotkamy się przy następnej wyprawie, oby jak najszybciej, bo jak powiedział Leader
ekspedycja została tylko przerwana a nie zakończona.